czwartek, 4 sierpnia 2016

Z Erywania do Tbilisi zamiast samolotem...taksówką!

Czytelnicy bardziej doświadczeni w lataniu po Polsce naszym rodzimym przewoźnikiem - LOTem z pewnością nieraz, szczególnie jesienią i zimą, doświadczyli sytuacji, w których loty krajowe, zwłaszcza wieczorne, są odwoływane z przyczyn pogodowych, a pasażerowie otrzymują vouchery na hotele i posiłki, a ich bilety zostają "przebukowane" na następny dzień. Co zrobić w takiej sytuacji jeśli bardzo zależy nam na czasie? Naciskać! Kulturalnie, lecz stanowczo naciskać, a przy odrobinie szczęścia otrzymamy możliwość przejazdu do docelowego miasta taksówką (rachunek na ogół w okolicach tysiąca złotych, o matko, to wszystko na koszt przewoźnika...).

Jednak nie zdarzyło mi się usłyszeć, żeby ktoś jechał taksówką za granicę. Aż do mojego wyjazdu do Armenii.

Panorama Erywania, który przyszło mi opuścić. Więcej zdjęć z tego magicznego miasta znajdziecie tutaj.
Po kupieniu biletów w opcji multi-city na stronie lot.com, co opisywałem we wcześniejszym poście, zacząłem szukać sposobu na transport z Erywania do stolicy Gruzji. Niemal każdy przewodnik sugeruje, by jeden dzień w czasie wizyty w Gruzji poświęcić na stolicę Armenii, więc zdawało się, że trasa ta będzie popularna wśród turystów, co zaowocuje dużym wyborem połączeń. Strona gruzińskich linii narodowych nie pozwalała w żaden sposób zorientować się na temat rozkładu lotów na tej trasie i jest niefunkcjonalna do tego stopnia, że zacząłem ją podejrzewać o awarię (system nie zawiera Erywania na liście lotnisk). Jedyna informacja na stronie dotycząca tego kierunku, to cena - bagatela 89 euro w jedną stronę. Godziny lotów? Próba znalezienia w nich logiki to jak układanie kostki Rubika z zawiązanymi oczami.
Pomimo najszczerszych chęci, nie byłem w stanie dopasować grafiku tak, by móc przetestować Airzenę, czyli Georgian Airways
Przylatywałem do Erywania we wtorek rano i zgodnie z zaleceniami, przeznaczałem na to miasto tylko jeden dzień, więc w środę po południu planowałem skierować się w stronę Tbilisi. Pociąg jadący ponad 10 godzin wydawał się męczarnią, szczególnie po przejrzeniu kilku relacji z takiego przejazdu. Ku mojemu zaskoczeniu, najtańszą (i najwygodniejszą!) opcją okazała się...taksówka! W zależności od oczekiwanego standardu, można utargować cenę w granicach 70-100 dolarów, co przy kilku podróżujących okazuje się być tańsze nawet od pociągu i niewiele droższe od marszrutki (która odpadła w przedbiegach z powodu braku klimatyzacji na czas 6-7 godzinnej podróży w temperaturach dochodzących do 40 stopni).

Zamiast z okien samolotu, górzyste tereny Armenii podziwiałem zza szyby samochodu, a niewiele później podziwianie zamieniło się również w całkiem dosłowne odczuwanie, gdy droga zaczęła się pogarszać.

 Krajobraz typowy dla Armenii
Widoki z pewnością zapierają dech w piersiach, lecz po godzinie czy dwóch zaczną powoli nużyć. Właśnie wtedy asfalt zaczął powoli znikać... Na początku objawiało się to drobnymi dziurami w nawierzchni, później miały wymiary wystarczające, by urwać koło nawet w samochodzie terenowym, a zaledwie kilkanaście kilometrów dalej "autostrada" zamieniła się w drogę ulepioną z błota i żwiru, na której przy prędkości 40 km/h auto drgało tak, jakby zaraz miało się rozpaść.


Niepozorne, miejscami nieszczelne, barierki to jedyne, co oddziela samochody od kilkusetmetrowej przepaści
Trasa prowadziła przez regiony, które wyglądały niczym rodem wyjęte ze Związku Radzieckiego, jakby czas się zatrzymał kilkadziesiąt lat temu. Szczególnie ogromne, opuszczone kombinaty przemysłu ciężkiego zrobiły na mnie wrażenie. Prawdziwa gratka dla fanów urban-exploring'u. Do tego świadomość, że najbliższe duże miasto znajduje się kilka godzin drogi samochodem stąd i nastrój stawał się niczym w filmie katastroficznym.

Można wyśmiewać technikę radziecką, lecz w tych warunkach sprawdza się znacznie lepiej od samochodów zachodnich marek
Gdy droga była już tak zła, że zacząłem mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek dotrzemy do granicy z Gruzją, a jeśli tak, to w ilu kawałkach, przejście graniczne pojawiło się dosłownie znikąd. Cała kontrola trwała raptem kilka minut od wyjścia z samochodu do powrotu do niego. Bez zbędnych pytań zdobyłem nową pieczątkę do kolekcji w paszporcie. A stamtąd droga do Tbilisi to już bajka, biorąc pod uwagę niczym niezmąconą drogę asfaltową, na której, w odróżnieniu do dróg w Armenii, rozwinięcie prędkości trzycyfrowej nie stanowiło już wyczynu porównywalnego z wyprawą na Księżyc rowerem. Zaledwie godzinę później wjeżdżaliśmy do stolicy kraju słynącego ze wspaniałego wina.

Widok po zmroku na fortecę na wzgórzu Sololaki w Tbilisi
Tbilisi powitało mnie oraz współtowarzyszy podróży widokiem na Stare Miasto, Mostem Pokoju i korkami godnymi metropolii. Szybki check-in w hotelu i byliśmy gotowi na pierwsze w życiu chaczapuri, które wynagrodziło nam trudy podróży, ale i uniemożliwiło dalsze zwiedzanie tego dnia; po tak obfitym posiłku zdobyliśmy się jedynie na krótki spacer i nadeszła pora na odsypianie naszego "off-roadu z przypadku"!
Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Copyright © Odlotowe Podróże | Powered by Blogger
Design by SimpleWpThemes | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com